Dziesiątego dnia zaczynają się troszkę uśmiechać

Kurier MP, 14 kwietnia 2022

Stoją w grupkach, rozmawiają ściszonymi głosami, palą papierosy. Pierwsza myśl: "Ależ brudni, zakurzeni. No tak, w końcu przyjechali z frontu". Z bliska okazuje się, że to nie brud, tylko zmęczenie. Patrzymy na poszarzałe z wyczerpania twarze żołnierzy, którzy przywieźli do szpitala swoich rannych kolegów. My przywieźliśmy sprzęt medyczny – w jednym pudle jest mobilny aparat RTG, w dwóch kolejnych zestawy stabilizatorów zewnętrznych.

Wjazd na teren szpitala mają tylko pojazdy wojskowe i ze specjalnym pozwoleniem, zostawiamy więc samochód na sąsiedniej ulicy i przepakowujemy się do auta mjra dra Yaroslava Havrysha. Rozglądamy się za parkomatem. – Nie ma opłat – uśmiecha się lekarz. – Odkąd mamy wojnę, można parkować za darmo.

Szpital składa się z kilku budynków. Panuje duży ruch. Trafiliśmy akurat na dzień wizyty ważnych polityków ukraińskich i z Unii Europejskiej. Teren patrolują żołnierze z psami do wyszukiwania ładunków wybuchowych.

– Chcecie zobaczyć, jak pracujemy? Pokażemy wam, ale nie róbcie nam zdjęć. Żadnych twarzy – zastrzega płk dr Yuri Yarynich.
Z piwnicy, gdzie znajdują się magazyny, wspinamy się ciemną klatką schodową na poziom, z którego jeździ winda. Obowiązuje zaciemnienie, okna zaklejono tekturą. Windziarz, patrząc na lekarza, upewnia się: "Szóste?" Za obudowę tablicy z przyciskami wetknięty święty obrazek z wizerunkiem Michała Archanioła.


Szpital Wojskowy we Lwowie

W poprzednim transporcie do szpitala dostarczyliśmy dwa stoły operacyjne, narzędzia chirurgiczne i przenośny aparat RTG. Ten, który przyjechał z nami, zostanie wysłany na front.

   

Rzędy szklanych butelek, emaliowane miski – nerki medyczne, wysłużony taboret. Gabinet zabiegowy przypomina trochę muzeum. Na kozetce otwarty laptop, a nad nim zainstalowany na statywie aparat RTG. – Zdjęcia można robić, trzymając go za te uchwyty – pokazuje dr Yarynich. – To jest świetne urządzenie. Do obsługi nie trzeba mieć fartucha ochronnego. Pracuje 8 godzin bez konieczności ładowania, robi 200 zdjęć na jednej baterii. Trudne przypadki możemy konsultować w trakcie operacji. Wysyłamy zdjęcie do innego specjalisty, który podpowiada nam, jak postąpić.
Trudne przypadki to najczęściej ranni, u których odłamki utkwiły blisko naczyń. – Taki odłamek może być malutki, ale bardzo groźny – zaznacza chirurg. – Odłamek, który ma 3 mm, może narobić więcej szkody, niż taki, który ma 5 cm.
Ranni z frontu przewożeni są do szpitala pociągami lub transportem drogowym. Lekarze wyjmują z ich ciał kawałki metalu, kamieni, drzew i innych przedmiotów, które znajdowały się w ich otoczeniu w chwili eksplozji. – To jest taka siła, że rzuca człowiekiem tak, że potrafi zmiażdżyć mu kości – opowiada dr Havrysh. Na ekranie laptopa podłączonego do aparatu RTG oglądamy roztrzaskane kości.
– Czy da się uratować nogę z taką wyrwą?
– Tak, zrobimy rekonstrukcję.

– Ten aparat bardzo pomaga nam, lekarzom, ale też pacjentom – podkreśla płk dr Grigori Prokhorenko. – Nie trzeba ich wozić na prześwietlenia. Robimy je na sali, gdzie leżą. Ranni z takimi urazami strasznie cierpią. Każdy ruch wywołuje ogromny ból. Używając przenośnego aparatu, możemy im go oszczędzić.
– A tu dobrze widać fiksator – dr Yarynich pokazuje zdjęcie nogi, do której przymocowano stabilizator zewnętrzny, jego zadaniem jest unieruchomienie złamanych kości. – Można go sterylizować, ale ponieważ nie zdejmujemy go na ogół przed upływem 1–2 miesięcy, a liczba rannych cały czas rośnie, zapotrzebowanie jest ogromne. Dlaczego tak długo trzeba czekać? Bo rany są brudne, jak to na wojnie. Leczymy infekcje i dopiero potem operujemy.
– Jak ktoś zobaczy taką skrzynkę, jak ta, którą przywieźliście, to może pomyśleć, że wystarczy nam już tego. Ale do nas trafiają żołnierze, którzy mają nawet 5 takich fiksatorów, czyli 1/3 zawartości skrzynki – tłumaczy dr Prokhorenko. – Chodźcie, pokażę wam takiego pacjenta.

Stabilizatory, które przywieźliśmy, wysłane zostaną do Charkowa, Doniecka i Mariupola. To miejsca, z których prawdopodobnie przywieziono żołnierzy, którym mówimy przepraszająco "Dzień dobry. My tu tylko na chwilę". Wojskowi nie powiedzą nam, gdzie walczyli ranni ani ilu ich leży obecnie w szpitalu. To informacja strategiczna. Sala jest 6-osobowa. Ciasno ustawione łóżka, wszystkie zajęte. Żołnierze wyglądają na 30-latków. Mają unieruchomione nogi, niektórzy obie. Zsunięte koce odkrywają rozległe rany pomalowane jodyną. Opierają głowy o łokcie, patrzą na nas smutnym wzrokiem. Tylko jeden kiwa głową, kiedy życzymy powrotu do zdrowia i szybkiego końca wojny.
– Dlaczego ten mężczyzna z pierwszego łóżka po prawej tak się trząsł? – pytamy lekarza.
– Wszyscy się tak trzęsą, jak ich przywożą. Po 7 dniach im mija. A dziesiątego dnia zaczynają się troszkę uśmiechać.

Jest ciepły, słoneczny dzień. Na szpitalnym skwerze siedzi kilka par. Sami młodzi ludzie. Mężczyźni w dresach, kobiety z reklamówkami, w których przyniosły im jedzenie. Niewiele mówią. Patrzą przed siebie.

Na przejściu granicznym Korczowa-Krakowiec sznur samochodów. Oprócz naszego jeszcze tylko jeden na polskich tablicach. Ma, tak jak my, kartkę z krzyżem i napisem "pomoc humanitarna". Kolejka przesuwa się powoli. Przepuszczamy Ukraińców z pieskiem. Starszy pan bierze bolończyka za łapkę i macha nam z tylnego siedzenia. Każde auto jest skrupulatnie przeszukiwane. Trzeba wyjąć wszystkie bagaże. Celniczki – na zmianie pracują akurat same młode kobiety – sprawdzają wnętrza pojazdów, zawartość walizek i toreb. Wszystkie samochody na ukraińskich tablicach wypakowane po sufit. Ubrania, karma dla zwierząt, pościel.

Ewa Stanek-Misiąg
autor zdjęć: Wojciech Latawiec

Medycyna Praktyczna i Instytut Ratownictwa Medycznego prowadzą zbiórkę pieniężną na zakup sprzętu medycznego dla szpitali w Ukrainie.
Stan zbiórki na 13. kwietnia:
1 086 362,99 zł
25 985,00 USD
13 550,00 EUR

Zobacz także

Korzystając ze stron oraz aplikacji mobilnych Medycyny Praktycznej, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki oraz zgodnie z polityką Medycyny Praktycznej dotyczącą plików cookies